środa, 26 października 2016

Mój ulubieniec w nowej postaci! Odżywka z wyciągiem z bursztynu Jantar - do skóry głowy i włosów zniszczonych.

Jesień to jest okropna pora roku. Owszem, kiedy mam przed oczami tą złotą, polską i do tego wieczory z kubkiem herbaty pod kocem jest fajnie, ale na tym moim zdaniem jej zalety się kończą. Ludzie na ulicach szarzy, burzy i ponurzy, sama mam w sumie nie lepszy nastrój. Moje ciało również krzyczy o skupieniu większej uwagi na sobie. Dziś nie poczytasz tutaj o pielęgnacji ciała czy też twarzy, ale będzie o włosach. I o odżywce Jantar, której opakowanie przeszło metamorfozę - czy będę tak samo z niej zadowolona jak z poprzedniej, dość niewygodnej buteleczki? Poświęć mi małe 5 minut i zapraszam! :)


Jak jak już wcześniej wspominałam miałam już do czynienia wcześniej z tą odżywką i byłam ciekawa jak spisze się tym razem (razem z opakowaniem ponoć zmienił się trochę skład - nie jestem pewna, jak znajdę dokładniejsze info to zaktualizuję wpis). Tamtego czasu dokuczało mi najzwyklejsze przesilenie jesienne i włosy zbierałam z podłogi garściami. Aktualnie borykam się jeszcze z wariującą tarczycą oraz hormonami dzięki czemu na głowie zauważyłam dość spory przesiew, którego chciałam się jak najszybciej pozbyć. Po wizytach u mojej pani doktor i zażywaniu leku chciałam jak najszybciej przyspieszyć efekty, bo jak wiadomo unormowanie w organizmie trochę zajmie, a same włosy też mi ekspresowo nie urosną w ciągu jednej nocy. Idealne warunki do testowania odżywki. Najpierw jednak pozwól mi pokazać jej wygląd, a później odkryję przed Tobą jej wnętrze :).

Stare opakowanie było zmorą dla mnie jak i zapewne dla wielu fanek tego produktu. Nowy image produktu jest idealny - poręczna buteleczka mieszcząca się w dłoni została wzbogacona o wygodny dozownik, dzięki czemu aplikacja produktu nie doprowadza mnie do szału.  Na plastikowej buteleczce (wcześniej była ona wykonana z grubszego szkła przez co miałam obawy brać ją ze sobą w podróż, żeby nie rozpłynęła się po zawartości torby) znajduję podstawowe informacje takie jak sposób użycia czy też producent - brak informacji o składzie, która znajduje się tylko na kartoniku no ale nie marudzę już :P.


W składzie odżywki znajduje się m.in. Trichogen (stymuluje wzrost włosów), Polyplant Hair (jest odpowiedzialny za wzmacnianie włosów oraz pobudzanie cebulek włosowych) oraz bursztyn, który pielęgnuje i odżywia włosy - na tych składnikach skupiłam się przede wszystkim dlatego, że na tych efektach mi najbardziej zależało. 

Odżywka przede wszystkim nie przetłuszcza włosów oraz nie podrażniła mi skóry głowy, nie wywołała łupieżu co zachęciło mnie do jej regularnego używania. Efekt tego był taki, że miałam mnóstwo baby hair. Dzięki leczeniu mój przesiew na czubku głowy zdecydowanie się zmniejszył, ale przez dłuższy czas miałam w tym miejscu centymetrowe kikuty, których ani chwycić prostownicą ani nic. Po tym właśnie miejscu zauważyłam zadowalające efekty używania odżywki, ponieważ pobudziła ona wzrost moich włosów. Porównując działanie poprzedniego opakowania stwierdzam, że jestem równie mocno zadowolona, ponieważ patrząc w lustro mogę sobie dumnie pomyśleć "jak mi te włosy znowu urosły" :D. Mój problem z wypadaniem włosów nie został całkowicie zlikwidowany (stres, pora roku robią jednak swoje) jednak widzę, że jest o wiele mniejszy i nie mam jak na razie wrażenia, że za miesiąc lub dwa zostanę całkowicie łysa. 

Podsumowując, odżywkę mogę polecić swoim znajomym, które narzekają na słaby wzrost swoich włosów czy też ich nadmierne wypadanie. W moich rękach znalazła się w idealnym momencie, kiedy po diagnozie postanowiłam walczyć o swoje długie, gęste włosy za którymi tęskniłam. Jestem zadowolona jak produkt za około 15 złotych godnie zastąpił inne produkty na które wydałam kilkaset złotych w ciągu roku i nie dawały takich efektów.
Pamiętaj jednak kochana, że piękno Twoich włosów to nie jest tylko dobranie odpowiedniej odżywki. Jeśli zauważasz u siebie jakieś niepokojące objawy - reaguj! Nasze ciało, włosy pokazują nam, że coś jest nie tak i naprawdę warto zrobić odpowiednie badania na krew itp., które majątku nie kosztują. Na ten temat poświęcę może kiedyś osobny wpis... :)
Pozdrawiam ciepło!

P.S. Tak, wiem, jakość zdjęć fatalna, ale złośliwość rzeczy martwych :D. Czekam, aż mój aparat wróci z naprawy i działam, bo czuję się bez niego jak bez ręki. Jeszcze trochę cierpliwości :).
sobota, 10 września 2016

Prysznic z chmurką czyli jedwabisty mus do mycia ciała Nivea Creme Care (z pielęgnującymi olejkami)

Witajcie kochane! Rynek kosmetyczny co jakiś czas zaskakuje nas coraz to innymi nowościami - już dawno minęły czasy, kiedy nie było jakiegoś wielkiego wyboru wśród kosmetyków więc dziś z mediów wyskakują nam non stop informację o różnych cudenkach. Jakiś czas temu oczywiście na Insta (odkąd założyłam tam konto non stop wyłapuję jakieś nowości po które biegnę do drogerii - znajdziecie mnie tam pod nickiem patkaem) zobaczyłam kompletną nowość od marki Nivea. Jedwabisty mus do mycia ciała, który wydobywa się z opakowania pod postacią pianki zaciekawił mnie na tyle, że musiałam go wypróbować. Nie tyle zainteresowało mnie to, że jest to kolejna dla mnie nowość pod prysznic, które uwielbiam testować, ale sam fakt, że występuje on w postaci pianki. Zaciekawione jak ja oceniam mus? Rozsiądź się wygodnie, znajdź dla siebie chwilkę w ciągu zabieganego dnia i zapraszam do czytania.
Do wyboru mamy 3 warianty musów: Creme Soft, Creme Smooth oraz Creme Care, który jest tym jakiego używałam przez ostatni czas.W metalowym opakowaniu będącym pod ciśnieniem otrzymujemy 200ml produktu za cenę 14 złotych. Kolorystyka jest tradycyjna dla Nivea, umieszczone na opakowaniu najważniejsze informacje takie jak np. sposób użycia czy też skład, który nie jedną może zniesmaczyć... Oto on:
Aqua, isobutane, disodium laureth sulfosuccinate, sodium laurethsulfate, glycerin, propane, panthenol, octyldodecanol, lanolin alcohol, hydrolyzed silk, xanthan gum, PEG-14 M, PEG-40 hydrogenated castor oil, citric acid, butane, sodium benzoate, linalool, limonene, citronellol, geraniol, benzyl alcohol, alpha-isomethyl ionone, parfum.

Przy mojej tendecji do uczulania przez kosmetyki bardziej naturalne niż te nie bez chwili zastanawiania podjęłam się uprzyjemnienia kąpieli pod prysznicem z tak zachwalanym musem od Nivea, który zainteresował mnie oryginalnym dozownikiem produktu...

Dozownik nie zacina się, bardzo wygodnie wydobywa się z niego odpowiednią ilość pianki. Dzięki jej właściwościom rośnięcia jest dość wydajna - kupując produkt myślałam, że starczy mi jej na zaledwie kilka użyć tym bardziej, że nie używam jej tak mało, a o dziwo w opakowaniu zostało jej jeszcze dosyć dużo na zaś. A prócz wydajności jakie ma jeszcze zalety?
Zapach - to jest to, do czego zawsze będę podchodzić w kosmetykach Nivea z uniesionym do góry kącikiem ust. Po spłukaniu musu zapach kompletnie znika nie utrzymując się na skórze co jest małym szczegółem w porównaniu do dalszych braków jakiegokolwiek działania. Mus nie wygładza mojej skóry ani też jej nie zmiękcza tak jak obiecał producent. Na całe szczęście kosmetyk nie wysusza skóry jednak ubolewam nad tym, że po porannym prysznicu muszę nałożyć balsam na ciało choć miałam nadzieję, że będę mogła po części odpuścić sobie tę czynność. Jedwabisty mus Creme Care od Nivea jest dla mnie zbędnym kosmetykiem w mojej łazience. Nie ma działania odświeżającego czy też myjącego tak jak większość chociażby moich najzwyklejszych żeli pod prysznic, więc opakowanie na spokojnie wykończę i nie dokonam ponownego zakupu. Dodam też że testowałam mus na poszczególnych partiach ciała, gdzie moja skóra jest normalna, więc nie miałam też nie wiadomo jakich wymagań, no ale jednak poległ... Dla mnie totalny bubel, dzięki któremu (i swojej chciwości pod względem nowinek:D) mam lżej w portfelu. A Wy miałyście już z nim styczność?
Buziaki!
wtorek, 30 sierpnia 2016

Bielenda, Multifazowy olejek do ciała - namiętne nawilżenie (naturalne oleje marula & czarna porzeczka)

Cześć dziewczyny! Bez bicia mogę przyznać, że w drogeriach przy zakupie czegoś nowego zwracam nie tylko uwagę na opinie moich znajomych na temat danego kosmetyku bądź też biorę wszystkie nowości jakie się da. Jednym z głównych czynników, który ma wpływ na to, że kosmetyk wyląduje u mnie w koszyku i pójdę z nim to kasy ma sam wygląd kosmetyku. Tak, ja wiem, że nie ocenia się książki po okładce jednak same spójrzcie na zdjęcie olejku o którym dziś będzie mowa - multifazowy olejek do ciała od Bielendy wygląda przepięknie na półce, cieszy mój wzrok i wręcz zachęca do dalszego używania samym wyglądem. A jaki wpływ ma na to skład? Już Wam piszę :).

Jedna z olejkowych nowości Bielendy dostępna jest dostępna m.in. w drogeriach oraz online. 150ml olejku przyprawiającego moje zmysły węchu niemalże o orgazm dostaniemy w cenie około 20 złotych, zapakowany w plastikową buteleczkę z wygodnym dozownikiem do rozpylania olejku bezpośrednio na skórze. Szata graficzna skromna, nienachalna i bardzo dobrze, ponieważ w pełni oddaje wnętrze olejku, które jest jednak najważniejszym punktem dzisiejszego wpisu... Mój wybór padł na wersję naturalnych olei marula oraz czarną porzeczkę - zdecydowanie tylko dla tego, że chciałam najpierw wypróbować i zgarnęłam ten, który bardziej przyciągnął mój wzrok (na brzoskwinkę jednak też się już czaję :P).

Po uwolnieniu pierwszej dawki z atomizera już można poczuć otulający, przyjemny zapach, który nie jest mdlący, przyprawiający o bóle głowy za co plus, bo dość długo utrzymuje się na skórze. Używając olejku codziennie rano przed wyjściem chociażby do sklepu nie nakładałam na siebie żadnych perfum, bo moja skóra pachniała tak ładnie, że nie miałam serca psuć tego efektu :D. Idealne dla mnie jest to, że mimo iż nazwa olejek kojarzy mi się z tłustymi produktami do ciała brudzącymi ciuchy i które za żadne skarby nie chcą się wchłonąć powodując niemały dyskomfort oraz uczucie bycia pączkiem w maśle (owszem kg-y dodatkowe mam, ale więcej z pączka nie mam zamiaru mieć) mój kolorowy ulubieniec jest całkowitym przeciwieństwem tego. Wchłania się w kilka minut - po nałożeniu poświęcam chwilę na szybki makijaż czy też ogarnięcie włosów i mogę bez obaw założyć na siebie ciuchy :). Produkt nie koloryzuje skóry, nie barwi jej i nie robi ze mnie ufoludka. Zaraz, zaraz, opakowanie, zapach omówione, a jak z efektami używania olejku? Pięknie odżywiona i nawilżona skóra już po pierwszym użyciu się tym odwdzięcza. Jest efekt satynowej skóry jaki obiecał producent i nie będę ukrywać, że tego produktu przez ostatni miesiąc używałam z taką namiętnością, że kolejne opakowanie mam już w zapasach. Jeśli otrzymuję ładne nawilżenie bez zapchania + ładny zapach, który towarzyszy mojemu ciału jakiś czas to nie widzę sensu, żeby rezygnować z tego - mogę go Wam z całego serca polecić. Poniżej podaję Wam skład:

Aqua, dimethicone, paraffinum liquidum, glycerin, sclerocarya birrera (marula) seed oil, seed oil, ribes nigrum (black currant) seed oil, sodium chloride, disodium EDTA, parfum, coumarin, limonene, linalool, cl 17200, cl 60725.

Czy olejek znajduje się wśród Waszych ulubieńców? A może dopiero planujecie go sobie sprawić w ramach małego prezentu dla samej siebie? Nie ukrywam mojego zadowolenia rozwijaniem się firmy Bielenda - już 2-3 lata temu byłam zadowolona z prosperowania tej firmy jednak w tym roku to właśnie najwięcej nowości wśród wszystkich firm w mojej szafce z kosmetykami trafiło z Bielendy. 
Mam nadzieję do szybkiego zobaczenia dziewczyny, mykam do pracy!
wtorek, 23 sierpnia 2016

Bielenda Color control, Multifunkcyjny krem korygujący do ciała 10w1 (CC Body Perfector Aqua Magic)

Dzień dobry kochane! Lato choć nie obfitujące w dużą ilość upalnych dni jednak sprzyjało do noszenia zdecydowanie lżejszych ciuchów. Uwielbiam sukienki i korzystam z każdej okazji, żeby móc je nosić i pokazać nogi - czuję się zdecydowanie w nich bardziej kobieco niż w spodniach czy legginsach. W eksponowaniu nóg przeszkadzało mi jedno: tu zadrapanie, tu jakiś siniak (w pracy mam manię przesuwania skrzynek kolanem i wychodzi co wychodzi :D) czy zwyczajne podrażnienie po depilacji czego efektem jest gdzieś tam pojawiające się na ciele lekkie zaczerwienienie. W lipcu na Instagramie było wielkie boom wśród dziewczyn korygujący krem od Bielendy. Już pomijając mój zapał do wszelakich drogeryjnych nowości zastanawiałam się czy taki upiększacz faktycznie spełni swoją rolę czy też jest picem na wodę. Dziś przybliżę Wam moje ochy i achy na temat tego produktu.
Krem "zapakowany" jest w plastikową tubkę utrzymaną w eleganckiej biało-złotej kolorystyce.Na początku minusem dla mnie jest to, że zdecydowanie wolałabym opakowanie na klik niż na zakrętkę. Za koszt ok. 20 złotych otrzymujemy 175ml, więc jest to pojemność tradycyjna dla tego typów kosmetyków. Krem jest przeznaczony dla każdego rodzaju karnacji czym na początku byłam trochę przerażona, ponieważ moje nogi bez czegokolwiek są blade jak ściana, więc obawiałam się, że odcień dla każdego będzie dla mnie za ciemny. Najpierw przyjrzyjmy się temu co obiecał producent...

Nazwa 10w1 wzięła się z obietnic producenta o których możemy przeczytać na opakowaniu:
* maskowanie niedoskonałości
* ujednolicony koloryt skóry
* efekt skóry muśniętej słońcem
* wodoodporność
* rozświetlona skóra
* intensywne nawilżenie
* wygładzone i ujędrnione ciało
* poprawiona kondycja skóry
* piękny, zdrowy wygląd ciała
* filtr UV SPF 6 zawarty w kremie.

Krem wyciśnięty na ciało wydaje się mieć bardzo ciemny odcień jak i również na początku rozsmarowywania - na ten moment przy pierwszym użyciu przeklnęłam swoją zachłanność pod względem swojej manii próbowania wszystkiego co rzucą na drogeryjne półki. Z każdym następnym maźnięciem dłonią kolor jednak bardziej dopasowywał się do odcieniu mojej skóry i wchłaniał się w nią nie robiąc zacieków co sprzyja niekiedy tego typu kosmetykom. Zapewne jest to zasługa gęstej, aczkolwiek nie zbitej konsystencji kremu. Zapach na skórze utrzymuje się dość długo - należy do pudrowych, zdecydowanie bardzo przyjemny, nie duszący.
Efekt po nałożeniu kremu jest taki jakiego sobie życzyłam - delikatny, nie widać, że cokolwiek było z moimi na co dzień wyrazistymi piegami kombinowane :P. Jedyne czego nie byłam w stanie zaobserwować to obietnicy względem wodoodporności (nie korzystałam z kąpieli w jeziorze, a sprawdzanie tego podczas szorowania pod prysznicem jest bez sensu ;-)) oraz ujędrnienia ciała - tutaj bez ćwiczeń żaden kosmetyk nie jest w stanie zadziałać. 
Efekt końcowy jest bardzo fajny. Krem nadaje mojej skórze delikatnej opalenizny, która ratuje mnie z trendu leżenia na słońcu co jak już wiecie jest dla mnie udręką :D. Poza samym ładnym odcieniem skóra jest ładnie rozświetlona, wygląda zdrowo i wręcz apetycznie o czym świadczy sam fakt patrzenia się na nogi non stop. Zauważyłam na insta, że dziewczyny skarżyły się na rozświetlające drobinki - moim zdaniem nie jest to tak mocne, żebym wyglądała jak bombka na choinkę. Warto też wspomnieć, iż po aplikacji niewielkiej porcji kremu (jest bardzo wydajny!) skóra jest świetnie nawilżona co tylko zachęca do dalszego używania produktu. Minusem jest to, iż krem zostawia delikatną tłustą warstwę na skórze przez co muszę trochę odczekać, obawiam się, że mógłby pobrudzić ubrania przy niedokładnym wchłonięciu się. Pomijając to mogę Wam polecić ten produkt, ponieważ można uzyskać subtelny, delikatny i przede wszystkim naturalny efekt końcowy. Taki mały pomocnik w tuszowaniu małych niedoskonałości, które niestety są, a niekoniecznie świat musi je widzieć ;-).

A czy Wy miałyście z upiększaczem od Bielendy bądź też z innym tego typu kosmetykiem? Szczerze powiedziawszy wcześniej uważałam, że oprócz mazideł nawilżających bądź też brązujących  nic mi do pielęgnacji skóry nóg nie będzie potrzebne, jednak CC 10w1 zdobył moją sympatię i znajduje się w czołówce moich ulubionych kosmetyków, których używam w tegorocznym lecie :). Buziaki!

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Nivea Creme Care, Krem do oczyszczania twarzy.

Dziś przedstawię bliżej jedną z nowości Nivea jaka pojawiła się kilka tygodni temu na drogeryjnych półkach. Nivea kojarzy mi się z dzieciństwem: zapach tradycyjnego kremu, który po prostu musiał być zawsze w szafce i działał na wszystko. Wraz z czasem kiedy już trochę wyrosłam z wieku dziecięcego zaczęły też rosnąć moje wymagania dotyczące pielęgnacji i odkryłam, że świat Nivea na jednym produkcie się nie kończy. Tym razem więcej będzie o kremie do oczyszczania twarzy - usiądź wygodnie i zapraszam do przeczytania mojej opinii na jego temat.


W miękkiej plastikowej tubce otrzymujemy 150ml kremu, dzięki któremu zdaniem producenta skutecznie oczyścimy skórę twarzy bez jakichkolwiek podrażnień i nawilżymy ją. 


Konsystencja kremu jest zdecydowanie lżejsza niż w przypadku tradycyjnego kremu, zapach nie trudno odgadnąć - z błogiego dzieciństwa :). Przed pierwszym nałożeniem obawiałam się, że krem aż nadto będzie wchłaniał się w moją skórę i parafina znajdująca się w produkcie mnie najzwyczajniej zapcha. Po myciu twarzy kremem nie zauważyłam jednak, żeby pojawiły się jakiekolwiek wypryski czy też inne niespodzianki, parafina nie zaszkodziła mojej cerze - muszę wspomnieć, że przy mojej suchej jest ok jednak z cerą tłustą mogą być już małe problemy... Kosmetyk jest przeznaczony dla każdego typu cery co jak wiadomo nie istnieje, ponieważ jak wiadomo każda z nas ma zupełnie inne potrzeby. U mnie może by lepiej się sprawdził jakby trochę zmieniony skład (podany na końcu wpisu dla ciekawskich) pomógł stworzyć kilka wariantów dla każdego osobnego rodzaju cery.


Moja opinia:
Szczerze powiedziawszy pieniądze wyrzuciłam w błoto - zupełnie zbędny produkt. Nie oczyszcza tak dokładnie jakbym sobie tego życzyła, nie pomaga w usuwaniu resztek makijażu. Nazwa krem oraz zastosowanie tego produktu podpowiadało mi, że moja skóra będzie również nawilżona i nie będę potrzebowała nałożenia porcji tradycyjnego kremu. Zaskoczeniem dla mnie było gdy zauważyłam, że nie dość że po nawilżeniu ani śladu (produkt na całe szczęście też nie wysuszał) to dodatkowo moja skóra była strasznie ściągnięta i czułam się niekomfortowo. Ja swój produkt zdenkuję pewnie jako krem do depilacji, może na tym punkcie nie zawiedzie... :P. Z spuszczoną głową wrócę do swoich starych ulubieńców do mycia twarzy, a ten krem będę omijać w drogeriach.

Skład: Aqua, Isopropyl Palmitate, Glycerin, Paraffinum Liquidum, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate Citrate, Methylpropanediol, Bis-Diglyceryl Polyacyladipate-2, Glyceryl Stearate, Panthenol, Cetyl Palmitate, Lanolin Alcohol, Octyldodecanol, Decyl Glucoside, Sodium Carbomer, Phenoxyethanol, Methylparaben, Limonene, Linalool, Geraniol, Citronellol, BHT, Parfum.

Cena: ok. 14 złotych/ 150ml
Dostępność: m.in. drogerie Rossman

Dziewczyny miałyście z nim do czynienia? Może u Was zajął szczególne miejsce na półce w łazience i używacie go z namiętnością? 

Urlopujecie czy jeszcze przed tą dobrocią? Ja po całym tygodniu laby wracam do świata żywych i próbuję się rozkręcić, żeby normalnie funkcjonować - jeszcze w poniedziałek... Faktycznie ten dzień tygodnia należy do niesamowicie ciężkich :D Buziaki!
wtorek, 19 lipca 2016

Brązująca pianka do ciała Magic Bronze od Bielendy (dla jasnej karnacji)

Witajcie! Jest lato i mimo aktualnej dość kiepskiej pogody (gdzie jest to słońce?!) wszędzie oczekują od Nas ekstra brązowej opalenizny. Wylegiwania się na słońcu nie znoszę - męczy mnie 15-minutowe wylegiwanie się na słońcu i dłuższe, a poza tym jaką krzywdę może wyrządzić ono naszej skórze mnie trochę przeraża. Z racji tego, iż jestem naturalnym rudzielcem mam jasną cerę, która opala się najpierw na czerwono, skóra mi schodzi, a nie ma co ukrywać po kilku latach takich maratonów skóra będzie wyglądać na starszą niż jest w rzeczywistości. Chcąc jednak choć trochę być muśniętą przez słońce do mojego koszyka wpadło kilka propozycji drogeryjnych z przeznaczeniem brązującym do ciała - dziś kilka zdań na temat brązującej pianki dla jasnej karnacji Magic Bronze od Bielendy.


Od producenta:
"Wyjątkowy produkt brązujący do ciała, pozwalający w krótkim czasie uzyskać efekt naturalnej opalenizny. Pianka już w trakcie aplikacji nadaje skórze bardzo delikatnego złotego kolorytu, który zostaje wzmocniony w ciągu 3-5 godzin po zastosowaniu*. Delikatna formuła lekkiej pianki idealnie rozprowadza się po całym ciele, pozwalając na dokładną i równomierną aplikację, co minimalizuje powstawanie smug, zacieków czy plam. Pianka jest wydajna, szybko się wchłania i pielęgnuje skórę. Efekt opalenizny utrzymuje się nawet do kilku dni*.

*efekt zależy od naturalnego kolorytu skóry, ilości zastosowanej pianki i reakcji na produkty brązujące."


Piankę otrzymujemy w buteleczce z wygodną dla aplikowania pompki - nie zacina się, wydobywa produkt równomiernie. Zdecydowanie opakowanie przyciąga wzrok przez utrzymanie w kolorystyce fajnej opalenizny przez co gdzieś z tyłu głowy snuje się fakt takiego samego koloru na naszej skórze - no przyznać się, która by już w tym momencie nie zgarnęła buteleczki z półki? :)


Pianka nie ma przykrego zapachu, który towarzyszy większości samoopalaczy. Pod uwagę muszę wziąć to, że przed nałożeniem kosmetyku wykonuję porządny peeling, który pomaga piance bardziej wchłonąć się w skórę. Piankę nakłada się bardzo przyjemnie, lekka formuła kosmetyku pozwala łatwo ogarnąć całe ciało bez zacieku i plam, dzięki czemu zdecydowanie przyjemniej używa mi się z tego typu kosmetyków.

Pianka po nałożeniu pozostawia na ciele lepką warstwę, jednak dość szybko się ona wchłania w ciało i po kilku minutach możemy założyć ubrania bez obaw, że powstaną na nich plamy. Po pierwszym nałożeniu po kilku godzinach zauważyłam różnicę między moimi bladymi jak sufit nogami, a obecnym kolorem - używam pianki co 2 dni (na łokcie i kolana używam mniejszej ilości, żeby nie wyglądały na dużo ciemniejsze od reszty ciała) i to w zupełności wystarcza mi, aby nadać im naturalnie wyglądającej opalenizny. Efekt utrzymuje się nawet do kilku dni przy czym schodzi w miarę równomiernie nie pozostawiając brzydkich plam, które zdradziłyby nasz sekret ;-). Oczywiście jeśli wymagacie większego efektu można powtórzyć aplikację, ja jednak pozostaje na co dwudniowej aplikacji.

Produkt dostępny m.in. w drogeriach internetowych jak i w Rossmanie czy też w Naturze za ok. 20 złotych/150ml. Dla mnie to jest fajna odskocznia pod samą formą pianki, a nie tradycyjnych balsamów brązujących jakich na polskim rynku jest pełno. Podsumowując pianka daje naturalny, nienachalny efekt, który w tego typu produktach jest przeze mnie pożądany. Na pewno jest to tegoroczny hit wśród moich tegorocznych produktów do testowania, który mogę polecić kobietom nie przepadającym za słońcem. O reszcie wkrótce... ;-)


piątek, 22 kwietnia 2016

Nawilżający balsam do ciała Dove DermaSpa Uplifted+.


Cześć! Pewnie już masz za sobą bieganie wśród półek w Rossmanie czy też masz to dopiero w planach? Z każdego kąta internetu promocja przypomina o sobie i muszę się przed Tobą przyznać, że już miałam chwilę słabości i chciałam się dziś wybrać po coś :). Jednak stwierdziłam, że nie jest to zbyt dobry pomysł, ponieważ nadmiar kolorówki czy też produktów pielęgnacyjnych zamiast mnie cieszyć to wywołuje odwrotny efekt i zwyczajnie przytłacza. Z racji tego, że aktualnym tematem numer 1 są wszelkie produkty do makijażu to ja postanawiam się odciąć od tego i dziś przedstawić Tobie balsam, który miałam przyjemność używać przez kilka ostatnich tygodni. Dziś będzie mowa o nawilżającym balsamie Uplifted od Dove z najnowszej serii DermaSpa.


Nawilżający balsam DermaSpa Uplifted jest jedną z pięciu linii najnowszej serii wypuszczonej przez Dove. Na pierwszy rzut oka od razu widać opakowanie, którym produkt zdecydowanie różni się od pozostałych kosmetyków marki - miękka tubka z zamykaniem na klik utrzymana w macie, z bardzo minimalistyczną grafiką opakowania. Zdecydowanie bardziej na plus, bardzo wpadło w moje gusta :). Za cenę ok. 22 złotych otrzymujemy 200ml produktu co moim zdaniem jest trochę wygórowaną ceną za to co dostajemy w zamian... 


Po zapoznaniu się z balsamem okazuje się, że konsystencja balsamu jest równie inna od tradycyjnej wersji jak opakowanie - jest to połączenie żelu i technologi Cell-MoisturisersTM, taką wersję nakładało mi się bardzo przyjemnie na ciało. Zapach jest bardzo przyjemny, świeży i rześki, utrzymuje się dość długo na skórze na co zwracam uwagę, ponieważ lubię czuć delikatną woń kosmetyków na sobie. Na zapachu niestety kończą się zalety balsamu, ponieważ nie zauważyłam żadnej poprawy jędrności skóry - cały czas uważam, że to bzdura wypisywana przez producenta (jak w tym przypadku), żeby jedna głupia z drugą skusiły się mając wyobrażenie w głowie bycia fit ;-). Nawilżenie jest średnie. Owszem moja skóra w czasie zimy była mocno wysuszona i ratowałam ją masłami do ciała. Na wiosnę masła staram się używać sporadycznie, gołym okiem zauważyłam, że efekty nawilżenia są wręcz znikome. Oszałamiających efektów nie spodziewałam się na kolanach czy łokciach, gdzie wymagane jest mocne nawilżenie, ale tam gdzie skóra jest normalna. Skoro kosmetyk tam nie dawał rady to w ogóle nie jest mi potrzebny, ponieważ szybkie wchłanianie się czy też brak lepkości po nałożeniu nie zrekompensuje pozostałych braku zalet o jakich mówił producent. Dla mnie kupno balsamu było wyrzuceniem pieniędzy w błoto i wiem, że po zużyciu do końca tego bubla do tej serii nie wrócę. Ewentualnie może kiedyś wypróbuję wersję z serii Goodness ;-). 

Podsumowanie:
+ opakowanie,
+ zapach,
+ konsystencja balsamu,
+ szybka wchłanialność, 
+ dostępność (np. Rossman - z tego co wiem jest jego brak w Naturze),
- cena (ok. 22 złote),
- działanie (a raczej jego brak).

Używałaś balsamu Uplifted lub też może z tej serii? A może w Twoim domu chwile przyjemności dla siebie uprzyjemniała Ci seria Goodness? Koniecznie daj znać jak spisał się balsam! Buziaki!


poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Odżywka do włosów Balea Oil Repair Spulung (Balea Professional)



Witaj kochana w ten piękny poniedziałek! Nie ma nic lepszego po zimowym śnie jak słoneczne dni, które ładują energię na maksa. Od razu humor jest lepszy nawet gdy po kilku dniach wolnego widzisz już na horyzoncie popołudniową zmianę :). Wiosna jest też dobrym czasem na zregenerowanie swojej fryzury po zimie - noszenie czapki jak i stałe zabiegi wykonywane na włosach potrafią odbić się na ich kondycji niestety. Dziś postanowiłam podzielić się z Tobą opinią na temat mojej ulubionej odżywki do włosów marki Balea do której regularnie wracam. Ciekawa jak się spisuje? Zapraszam do czytania!


Odżywka znajduje się w miękkiej tubce, którą bez problemu przy końcu zużywania mogę rozciąć. Zamykanie wygodne przy którym nie muszę się obawiać, że połamię sobie paznokcie. Za kosmetyk o pojemności 200ml zapłacimy ok. 10 złotych; dostępność nie jest najlepsza, bo w niemieckim DM'ie, w niektórych sklepach z niemieckimi artykułami bądź też w internecie.
Moje włosy są częściowo zniszczone po dawno już niewidzianym częściowym rozjaśnianiu, częściowo są w bardzo dobrej kondycji, ponieważ ograniczyłam prostowanie czy też suszenie z pomocą suszarki, farbuję zdecydowanie rzadziej, a jeśli już to o wiele łagodniejszymi farbami niż kiedyś. Od odżywki wymagam przede wszystkim, żeby zatrzymała wilgoć we włosach oraz żeby nadała im blask.



Odżywka ma konsystencję delikatnego kremu o miłym dla nosa jakby waniliowym zapachu. Do nałożenia na całą długość moich włosów wystarczy niewielka ilość odżywki, ponieważ duża ilość może skutecznie je obciążyć i skleić. Odpowiednia dawka odżywki potrafi zdziałać cuda. Używam jej co 2-3 mycia, ponieważ chcę zapobiec przyzwyczajenia się moich włosów do tego produktu. Odżywka nie regeneruje wcześniej zniszczonych włosów, do spełnienia tego zadania moim zdaniem włosy wymagają bardziej profesjonalnych i pochłaniających więcej czasu zabiegów. Odżywka zdecydowanie spełnia moje wymagania dotyczące podstawowych codziennych pielęgnacji włosów. Włosy są nawilżone, widać na nich delikatny błysk, który wygląda ładnie :). Odżywka delikatnie ujarzmia te włosy, dzięki czemu w codziennie dni nie muszę ich prostować, ponieważ są delikatnie wygładzone i zdecydowanie lepiej się je stylizuje z ewentualną pomocą suszarki i szczotki, a prostownica powoli kurzy się w kącie :). Pomijając fakt, że odżywka nie regeneruje powstałych już szkód na włosach, ale dba o nie na bieżąco to uważam, że wydanie tych 10 złotych jest bardzo opłacalne. Z tej serii dostępny jest również szampon do włosów, jak i pozostałe warianty kosmetyków, m.in. do włosów blond.

A Ty miałaś do czynienia z marką Balea i ich produktami do włosów? Co sądzisz na ich temat?


czwartek, 7 kwietnia 2016

Zestaw do stylizacji brwi Eyebrows Creator Lovely.



Witaj! W dzisiejszym poście chciałam Ci przybliżyć jedną z ostatnich nowości marki Lovely jaką jest Eyebrows creator, czyli zestawem do stylizacji brwi. Jak wiadomo dzięki odpowiedniej regulacji i stylizacji brwi można dobrze upiększyć twarz, ale niestety też i zepsuć jej proporcje no i przy okazji zrobić z siebie klauna. Co jakiś czas znajduję w drogeriach różne produkty do brwi, które chętnie próbuję, więc po używaniu Kreatora postanowiłam co nieco napisać o nim na blogu.


Zestaw do brwi znajduje się w nietypowym opakowaniu - wykonane z tektury, zamykane na magnes przez co trzymam go na półce, obawiam się, że będąc w kosmetyczce mógłby się sam otworzyć. Na opakowaniu znajdują się najpotrzebniejsze informacje takie jak zawartość opakowania, kraj produkcji (PRC...) czy też np. fajną rzecz dla początkujących dziewczyn czyli idealną proporcję oka i brwi.


W środku znajduje się ściąga jak użyć zestawu. Jednak są w pudełeczku rzeczy o wiele ważniejsze na których się dziś skupię. Wykonując makijaż do stylizacji brwi używam tego jednego podręcznego kosmetyku co jest bardzo wygodne, ponieważ zawiera on wszystko co jest mi potrzebne. Pęseta (niestety chwyta za słabo moje włoski), pędzelek do nakładania, kredka oraz cień, żel do brwi i rozświetlacz pod łuk brwiowy, a także szablony do brwi to dobroci znajdujące się w zestawie. Pędzelek jest na tyle fajnie wyprofilowany, że na moje potrzeby wystarcza mi do nałożenia cieni oraz żelu. 


Zestaw na dzień dzisiejszy góruje wśród używanych przeze mnie produktów do brwi. Łatwo się rozprowadza kosmetyk na brwiach, same cień nie jest tępy i po pierwszym pomalowaniu nim brwi już coś widać. Pigmentacja jest bardzo dobra i według swojego uznania możemy ją stopniować, żeby nie wyglądać śmiesznie. Brwi z użyciem kreatora Lovely wyglądają dość naturalnie, trudno siebie skrzywdzić kreatorem i zrobić z siebie sztuczną lalę. Z trwałości mojego makijażu brwi jestem zadowolona, ponieważ cały czas testuję go m.in. podczas 8 godzinnego dnia w pracy i po powrocie do domu czy też w ciągu dnia cienie nie migrowały mi po twarzy, a zdarza mi się przetrzeć niechcący ręką którąś brew. Dzięki żelowi kosmetyk tak jakby zastygał na brwiach i na nich pozostawał. Jedyne do czego mogę się przyczepić to wybór kolorystyczny, którego właściwie nie ma. Paletka występuje w jednej wersji kolorystycznej i kolory są utrzymane w brązach, wpadające w rudości. U mnie nie byłoby z tym większych problemów, ponieważ do mnie pieguska takie kolory pasują jednak bardziej bym się ucieszyła i nie ukrywam, że pewnie wybrałabym coś w odcieniach ciemniejszych brązów. Podsumowując jak na cenę 30 złotych, czyli tyle ile kosztuje paletka, uważam, że to jest w miarę normalna cena biorąc pod uwagę jej funkcjonalność. Dostępna jest w Rossmanie, na razie w cenie promocyjnej jej nie widziałam, ale warto poczekać na -49%, które zbliża się wielkimi krokami :). 

Tobie teraz życzę kochana miłego popołudnia a ja sama zmykam do pracy, buziaki! :).

czwartek, 17 marca 2016

Paletka cieni do powiek Go Nude od Wibo - Smoky Edition. I makijaż staje się przyjemnością...



Bez bicia się przyznam, że w ciągu ostatnich dwóch lat cieni do powiek używałam sporadycznie - makijaż oczu ograniczał się do sięgnięcia za każdym razem po tusz, eyeliner no i to by było na tyle. Pięknych wojaży na powiekach to ja kompletnie wykonywać nie umiem, więc szukając dla siebie cieni kierowałam się nie tylko wyglądem czy też opiniami dziewczyn w sieci, ale też ceną. Nie dla mnie UD (o których sobie marzę, ale osobiście nie widzę głębszego sensu realizowania tego zakupu) skoro czasem rzucę po kilku dniach w kąt. Tak dobrze się złożyło, że na początku marca Wibo wypuściło dwie nowe paletki z czego Go Nude Smoky Edition trafiło w moje ręce. W momencie zobaczenia jej na półce w Rossmanie poczułam motylki w brzuchu nie wiedząc, że przerodzi się to w głębsze uczucie. Usiądź sobie wygodnie i zobacz czy i Ciebie zauroczy :).

Paletka miała już swoje 5 minut przed pojawieniem się w sprzedaży przez swój wygląd. Zarówno dziewczyny kwiczały o to, że jest podobna do paletek UD (tutaj nie mam porównania, ponieważ tej drugiej nie widziałam w realu) oraz o to, że paletka nude NIE JEST NUDE. W tym przypadku wystarczyło wysilić swoją umiejętność czytania ze zrozumieniem i jasne jak słońce byłby fakt iż jest to paletka do wykonania makijażu typu smoky. Jak za wydane 30 złotych opakowanie wydaje się być dobrej jakości, zdecydowanie wolę takie metalowe niż jakieś tandetne plastikowe (Go Nude zdecydowanie przebiło pod względem Dark Nude od Lovely, którą pokazałam dokładniej tutaj). W środku paletka ma lusterko, które muszę przeklnąć, ponieważ cholernie zniekształca twarz... Lusterko miało być ułatwieniem jednakże w tym przypadku się kompletnie nie sprawdza, ponieważ jestem zmuszona użyć innego jeśli nie chcę, żeby makijaż wyszedł mi całkiem koślawo. W paletce znajdziemy też pędzelek, którego moim zdaniem też by mogło nie być - z naturalnego włosia miał dać subtelny efekt przydymionego oka jednak wychodzi śliwa pod okiem. Cienie się niedobrze nabierają na niego, powstają smugi i jakoś lepiej korzysta mi się z moich pędzli czy też z palca - pędzelek jest, bo po prostu jest. "Kuleczkę" może jestem w stanie jeszcze jakoś strawić, ale część do blendowania użyłam raz i ostatni. Po pierwszym razie pędzelka zauważyłam, że zaczął puszczać włosie, więc lipa, że hoho.


Jak z samymi cieniami? Na pierwszy rzut oka fajna dobrana kolorystyka - 4 maty i 8 brokatowych cieni, których jestem w stanie używać na co dzień ograniczając się tylko do tej jednej paletki. Na pigmentację cieni nie mogę narzekać, choć są małe wyjątki, ponieważ niektóre cienie trzeba porządnie namachać na powiece, żeby były mega intensywne. Plus cieni jest taki, że mimo trwałości, która fakt faktem po kilku godzinach się zmniejsza, cienie nie rolują mi się w rowkach na powiece. Byłam niejednokrotnie malowana cieniami z wyższej półki cenowej i naprawdę nie było nic gorszego niż zapchane cieniami rowki. Cienie trzymają się przez kilka godzin bez samej bazy, wracając do domu po pracy podczas demakijażu widzę porządne ich resztki na waciku. Wrzucając paletkę do koszyka zastanawiałam się czy warto wydawać tyle kasy na niepewny produkt tym bardziej, że chyba leciałam po niego jak na skrzydłach ledwo co po dniu Matki Boskiej Pieniężnej, więc nie było za bardzo jak zapoznać się z opiniami innych dziewczyn. Dziś mimo, iż jest to cena wyższa niż dotychczasowe ceny za kosmetyki Wibo (ok. 30 złotych) uważam, że jest to fajny kosmetyk nadający się nawet dla takiej łamagi jak ja. Uważając, że smoky eyes sama sobie nigdy nie zrobię, teraz noszę piękne złoto na co dzień, a ciemniejsze kolory noszę na wieczór i jestem bardzo zadowolona :). Poniżej przedstawiam swatche cieni, od prawej do lewej - z góry zaznaczam, że odcień FANTASY wpada lekko w fiolet jednak mój złomuś robiący zdjęcia nie był w stanie tego uchwycić.


Dziewczyny, a Wy miałyście już styczność z paletką Go Nude od Wibo? Słyszałam, że w niektórych miejscach trudno z ich dostępnością - ja nie miałam z tym problemu, ale jeśli nie widzicie ich na wierzchu to warto się podpytać pań sprzedających :). Uważam, że paletka może też służyć jako np. prezent urodzinowy. Już wiem chyba do kogo taki egzemplarz trafi, ale ciiii... :).

Na koniec zachęcam Was do polubienia Maalinovej na facebooku, gdzie nastąpiła reaktywacja konta czy też na Instagramie pod nickiem @patkaem oraz zachęcam do dalszego śledzenia bloga, ponieważ zapowiadają się (nie)małe zmiany, których sama wyczekuję z niecierpliwością :). Teraz Was żegnam, a sama niestety biegnę do pracy na cały dzień. Buziaki!

sobota, 5 marca 2016

Mineralny puder matujący City Matt od Lirene - 01 transparentny.



Witajcie kochane w weekend! Mam nadzieję, że po ciężkim tygodniu jaki miała pewnie nie jedna z Was, dziś możecie sobie usiąść z herbatą bądź też kawą i odpocząć. Przy chwili relaksu możecie też poczytać Maalinovą, a dziś tutaj o jednej z kolorowych nowości Lirene. 

Kilka słów od pana producenta..
"Puder zapewnia matowe i aksamitne wykończenie makijażu. Lekka konsystencja sprawia, że kosmetyk równomiernie się rozprowadza i dopasowuje do koloru skóry, a makijaż wygląda naturalnie i świeżo. Zawarta w pudrze alga koralowca nie tylko absorbuje sebum, matując skórę, ale również chroni ją przed wolnymi rodnikami. Puder jest odpowiedni dla każdego rodzaju cery."




Na puder skusiłam się ze względu na to, iż zmatowienie cery jest głównym zadaniem w moim codziennym makijażu, ale też dlatego, że szukałam czegoś co będzie wyglądało naturalnie, a nie zrobi na mojej twarzy istnej tapety. Nie będę ukrywać, że puder zauroczył mnie też swoim wyglądem zewnętrznym - opakowanie zamykane na klik z którego otwarciem nie ma problemu, utrzymane w w kolorze srebra bez żadnych zbędnych grafik czy czegokolwiek innego dzięki czemu jest minimalistyczne, ale ładne. 

Pierwsze co to po otwarciu można wyczuć ładny zapach oraz ujrzeć piękne tłoczenie przez które aż szkoda było ruszać kosmetyk :). Konsystencja pudru dzięki minerałom znacznie różni się od innych zwykłych pudrów używanych przeze mnie, bohater dzisiejszego wpisu jest zbity, nie sypie się. Zawiera drobinki w sobie jednak nie taki diabeł straszny, ponieważ przy mojej jasnej karnacji nakładam go nie tylko w miejsca, które chcę rozświetlić, ale na całą twarz i nie mam efektu dyskotekowej kuli, lecz cera wygląda na świeżą, wręcz naturalnie. Pudru nie tylko używam do wyrównania niedoskonałości (co myślałam, że przy transparentnym się nie uda...) czy też zmatowienia. Nałożenie pudru daje nam fajne aksamitne wykończenie dzięki któremu bardziej komfortowo "noszę" makijaż na twarzy. Puder nie bieli, dopasowuje się do odcienia mojej skóry, dzięki niemu mój makijaż jest trwalszy i poprawki w ciągu dnia robię praktycznie na nosie i czole, a reszta jest na swoim miejscu do czasu powrotu do domu po pracy. Kosmetyk jest też bardzo wydajny - używam go praktycznie od końca listopada w każdym makijażu (no chyba, że mam lazy day i makijaż nie jest obowiązkowy ;-)) i dopiero niedawno zobaczyłam, że puder dobija powoli dna. 


Podsumowując jestem zadowolona z mojego powrotu do kolorówek Lirene ;). Regularna cena pudru to 25 złotych. Idealny dla kobietek, które chcą ukryć jakąś niedoskonałość w swojej cerze, a jednocześnie zachować jej naturalny wygląd. Ja go nabyłam w Rossmanie jeszcze podczas jesiennej edycji -49% (Panie Boże spraw, żeby na wiosnę nic nie było...), podejrzewam, że w innych drogeriach nie powinno być trudno z dostępnością chociaż w swojej Naturze ich nie widziałam. A Wy miałyście z nim styczność, może z innym odcieniem? Ja mam w zapasach jeszcze 03, bo nieźle się zamojtałam podczas zakupów i różo-brozner z tej serii, który czeka w kosmetyczce na swój debiut :).
Buziaki!

czwartek, 25 lutego 2016

Paleta cieni Lovely Dark Nude - swatche oraz kilka zdań na jej temat.


Witajcie w czwartkowe popołudnie! Jeszcze trochę i weekend, ja już go wyczekuję z tupiącymi nogami :). Mimo, iż dziś jeszcze do pracy to czuję się bardzo dobrze (mimo małego lenia;)), z moim zdrówkiem też już znacznie lepiej, więc pomyślałam, że już czas najwyższy się z Wami powitać.

Od kilku tygodni stawiam w makijażu codziennym na podkreślenie oczu. Oprócz stałych elementów mojego zestawu makijażowego składającego się z tuszu oraz eyelinera jest też od niedawna najnowsza paletka cieni do powiek Dark Nude od Lovely. Miałam już jakiś czas temu do czynienia z jaśniejszą wersją kolorystyczną, która wylądowała u mojej młodej, więc postanowiłam wypróbować i tą.


W plastikowym pudełeczku wykonanym z nie najlepszej jakości plastiku otrzymujemy 12 cieni - 3 matowe oraz reszta połyskujących z czego możemy wykonać idealny makijaż na co dzień czy też wieczorowe smoky eyes. Cienie są mocno napigmentowane, płacąc za nie 15 złotych obawiałam się, że kolory bez uprzednio nałożonej bazy będą nie będą mocno widoczne jednak nawet bez niej dają śmiało radę. Nałożone na bazę potrafią spokojnie utrzymać się cały dzień w pracy bez potrzebnych poprawek co byłoby dla mnie uciążeniem, żeby całą paletkę nosić ze sobą w torbie. Cienie fajnie się nakłada, dobrze suną po powiece jednak jak to zwykle bywa pacynka dołączona do paletki na niewiele się zdaje i trzeba zaopatrzyć się w jakiś pędzelek. Jedna rzecz której mogę się przyczepić to brak lusterka - lubię mieć wszystko pod ręką (wkrótce też o produkcie All in 1 do brwi! taka jestem leniwa... ;-)). Podsumowując ja jestem z niej zadowolona. 
Paletka idealnie nadaje się do makijaży dziennych, podstawowych, ale i też tych z pazurem. Kwota 15 złotych nie jest górą pieniędzy, a otrzymujemy dość dobry produkt, który może zadowolić. 
Poniżej możecie sprawdzić sobie swatche kolorów!


I na koniec jeszcze informacje zawarte na nalepce z tyłu m.in.: propozycja wykonania smoky eye czy też miejsce produkcji - swoją drogą zastanawia mnie to czemu większość produktów od Wibo (tak, Lovely pochodzi od tej firmy) jest produkowana w PRC jakby nie można było gdzieś w Europie, czasem mi się zapala lampka czy aby na pewno nie skończę z jakimś brzydkim uczuleniem skoro chinskie...


Macie już ją u siebie? Ja z racji tego, że ostatnio moje zbiory cieni do powiek się mocno wyszczupliły, mam ochotę nabyć kilka nowych ciekawych paletek - jesteście zainteresowane wpisem w którym przedstawię Wam moje typy na najbliższe miesiące? Buziaki!


wtorek, 19 stycznia 2016

Baxed Mix Bronzer od Wibo.


Podczas, gdy w drogeriach pojawiły się nowości marki Wibo, oprócz paletki do konturowania twarzy (pisałam o niej w tym wpisie) wybrałam dla siebie też bronzer Baked Mix.  Bronzer to jest ten kosmetyk, który lubię zawsze mieć podczas robienia makijażu - mogę zapomnieć o pomalowaniu brwi czy użyciu eyelinera, ale policzki muśnięte bronzerem muszę mieć. Bronzer o którym dziś jest mowa możesz kupić w cenie ok. 18 złotych za 8g.


Bronzer zapakowany jest w typowe dla tego rodzaju produktów czarne plastikowe pudełko zamykane na klik - wykonane z trochę grubszego plastiku jednak nigdy nie liczę na to, że pudełkiem świat zwojuję i nim nie rzucam :P. 


Z opakowania dowiesz się minimum informacji, czyli nazwę oraz zastosowanie produktu, ściągę z tego gdzie możemy, aplikować produkt czy też kraj produkcji (ponownie widzimy PRC). Niestety jeśli jesteś zainteresowana składem to z opakowania się go nie doczytasz, ponieważ producent zwyczajnie zapomniał chyba...


Szczerze się przyznam, że mój wzrok przyciągnęła piękna wypiekana mozaika znajdująca się w opakowaniu. Z racji tego, że jestem sroką i takie odcienie to są właśnie moje kolory, a jeszcze w dodatku tak ładnie się mieniły, więc brałam w ciemno. I po pierwszym użyciu, drugim i kolejnym byłam gotowa oddać go w czyjeś ręce. Kolory są tak mocno napigmentowane, że łatwo sobie nimi zrobić krzywdę. Jako bronzer mieszam wszystkie kolory ze sobą nabierają je na pędzel jednak muskam nim bardzo delikatnie po kosmetyku, w zupełności wystarczy jeden, dwa ruchy pędzlem. Na twarzy również nie robię pejzaży Pabla Picasso tylko delikatnie konturuję swoją twarz, nadaje się do tego bardzo dobrze. Minus tego kosmetyku jest taki, że nałożony "mocną ręką" na twarz potrafi później schodzić wielkimi plamami. Z racji tego sama preferuję delikatne wykończenie pod kościami policzkowymi - efekt jest wtedy nie tylko delikatniejszy, subtelniejszy, ale też schodzi równomiernie i w takiej ilości nałożony dłużej potrafi wytrzymać na mojej twarzy. Kosmetyku używam głównie na wyjścia wieczorne ze względu na brokat, którego jest multum i intensywność - na co dzień używam dalej na przemian albo paletkę od Wibo lub bronzer Astor Skin Match. 


Powyżej macie przedstawione jaki najsubtelniejszy(!) efekt potrafi dać Baked Mix, można wywołać mocniejszy zależy co kto lubi - ja postanowiłam Wam pokazać ten kosmetyk takim sposobem jakim go używam. Podczas nakładanie bronzera odpuszczam już sobie użycie rozświetlacza, ponieważ wtedy wyglądałabym chyba jak królowa disco-błysko ;-). Bardzo lubię też jego drugie zastosowanie...


...ponieważ bardzo dobrze spisują się też jako cienie do powiek :). Nałożone pod bazę potrafią utrzymać się kilka dobrych godzin, no i pięknie się mienią - strasznie lubię mieć brokat na powiece i tutaj już lubię sprawdzać bardziej jego pigmentację :). Kolory są ładnie dopasowane ze sobą więc bez problemu można wykonać makijaż z zużyciem tylko tej jednej paletki.

Z ręką na sercu coraz bardziej lubię to co ze swoimi półkami w drogeriach robi Wibo! Prawie połowa moich kosmetyków kolorowych pochodzi od nich i co najlepsze z tych nowości jestem zadowolona, a w tajemnicy zdradzę, że w ciągu najbliższych tygodni będę próbowała się zaopatrzyć w kolejne nowości Wibo - ujrzysz je na profilu marki na Instagramie.

Miałaś do czynienia z Baked Mix? A może masz swojego innego ulubieńca wśród bronzerów?


poniedziałek, 18 stycznia 2016

Peelingi do ciała Lirene: kokosowy & grejpfrutowy.


Stosować peelingi do ciała uwielbiam, nie ukrywam, że jest to najprzyjemniejsza część pielęgnacji mojego ciała. Najchętniej stosowałabym je codziennie, ale jak wiemy co za dużo to nie zdrowo, więc pozwalam sobie na nie 2 razy w tygodniu. Nie lubię delikatnych zdzieraków, lubię poczuć coś bardziej intensywnego na skórze. Jakiś czas temu wpadły mi w drogerii w oko nowe peelingi od Lirene, których szczerze mówiąc wyczekiwałam, aż się pojawią po przeczytaniu kilku wpisów na ich temat na innych blogach. W moim koszyku znalazł się peeling solny kokosowy oraz antycellulitowy grejpfrutowy.


Peeling jest w miękkich tubach zamykanych na zatrzask - przy tego rodzaju opakowaniu nie mam najmniejszego problemu z wydobyciem produktu; pod koniec tradycyjnie (jestem uzależniona od tego, bo nie lubię wyrzucać produktów do kosza!) rozetnę tubkę i zużyję ;-). Peelingi kosztują ok. 15 złotych, więc jest to według mnie normalna cena dla peelingów drogeryjnych. Poza moim grejpfrutem i kokosem do wyboru jest jeszcze żurawina oraz mango, które po wykończeniu obecnych mam zamiar wypróbować. 
Nie będę ukrywać, że przy kosmetykach to głównie ozdabiająca je szata graficzna w dużej mierze mnie przyciąga, no tak mam i już. A tu opakowanie jest ładne, kolorowe i przyciągające wzrok, ale też nie tandetne. Na tubce znajdziesz dokładny opis produktu, skład czy też opis rezultatów testów konsumenckich.


W tubce otrzymujemy 200 ml produktu. Peeling pachnie pięknym grejpfrutowym zapachem. Nie jest to zapach chemiczny, lecz bardzo zbliżony do naturalnego zapachu tego owocu; nie powoduje migren. Peeling jest średniej gęstości, jednak konsystencja nie "ucieka" z ręki. 

W peelingu nie ma full grudek jak to zazwyczaj spotykałam się podczas używania ich od innych firm. Drobinki mimo, że peeling napakowany nie jest nimi po brzegi, są bardzo dobrze wyczuwalne.


Peeling nakładam na wilgotne ciało. Nie rozpuszcza się pod strumieniem wody, więc zawsze mogę zrobić sobie dłuższy masaż kosmetykiem, czyli tak jak lubię :).


Peeling nie zostawia bardzo tłustej warstwy, której nie lubię przy porannym używaniu kosmetyków. Byłam zadowolona, kiedy odkryłam, że kosmetyk nawilżał poszczególne części ciała i nie odczuwałam potrzeby dodatkowego sięgnięcia po balsam czy jakieś masło. Skóra była gładka, nawilżona, cellulit... Hmm, niezależnie od kwoty sam kosmetyk na to nie pomoże :P. W nazwach peelingów antycellulitowy/ujędrniający nie robi na mnie wrażenia, kupuję je jedynie dla dobrego drenażu, żeby się pozbyć martwego naskórka. Ten spisywał się bardzo dobrze w tym.

Teraz czas na drugi wariant zapachowy, który jest nietypowy, aczkolwiek też mi przypadł do gustu.


W tubce otrzymujemy 220 g peelingu. Według producenta jest to kosmetyk o zapachu kokosowym. Zapach moim zdaniem jest mało podobny do kokosa, zdecydowanie bardziej wyczuwam tutaj bardziej chemiczną woń kokosa w połączeniu z jakimś męskim, delikatniejszym zapachem - warto też dodać, że nie czuć solnej woni, która jest dla charakterystyczna dla tego typu peelingów (za to duży +, ponieważ nie przepadam za takim zapachem). Peeling wydobywany z tubki jest o konsystencji gęstej pasty, mam wrażenie, że ta wersja jest trochę mniej wydajna niż poprzednik na górze.

Peelingujące drobinki są mniejsze niż w grejpfrutowej wersji jednak również wyczuwalne dzięki ich ostrości - do najdelikatniejszych nie należy, ale nie jest to poziom największego zdzierania. Gołym okiem ich nie byłam w stanie zauważyć, dopiero po kontakcie z wilgotną skórą "pokazały się" dokładniej na ciele.


Podczas nakładania peelingu na wilgotną skórę czuję jak kosmetyk delikatnie rozgrzewa smarowane miejsce. Z kosmetykami rozgrzewającymi mam niemiłe wspomnienia (np. serum Eveline, które mnie paliło wręcz), tutaj ten efekt jest bardzo delikatny. Przy kokosowym wariancie trzeba poświęcić trochę dłużej czasu na masaż po którym byśmy chciały zauważyć efekty, ponieważ drobinki są mniejszej wielkości. Tak jak poprzednik tłustej warstwy nie wyczuwam jedynie dobre nawilżenie. Pamiętaj jednak, żeby peelingu nie nakładać na świeżo wydepilowane miejsca, ponieważ będziesz prawdopodobnie troszeczkę krzyczeć ;-).


PODSUMOWANIE
Nie żałuję wydanych pieniędzy na te kosmetyki, u mnie spisały się dobrze. Jestem zadowolona zapachami (choć kokosem się trochę rozczarowałam, nie ukrywam, że spodziewałam się innego zapachu) jak i również działaniem. Staram się używać nawilżaczy do ciała 2 x dziennie i rano zazwyczaj towarzyszy mi balsam pod prysznic. W przypadku stosowania peelingów z serii Lirene Dermoprogram Beauty Collection wystarcza mi rano w zupełności dawka nawilżenia jaką one dają. Poza tym kiedy rano jestem w biegu nie przeszkadza mi stosowanie ich, ponieważ nie pozostawiają one bardzo tłustej warstwy, która przeszkadzałaby w nałożeniu ubrań od razu po prysznicu. Peelingi zostawiają na ciele zapach wyczuwalny i bardzo miły, nie są one na skórze nadto intensywne, żeby zwracały na siebie uwagę w ciągu dnia. Dla mnie peelingi te są bardzo fajnymi produktami i nie wątpię, że po wykończeniu moich zapasów z ciekawości sięgnę w drogerii również po żurawinę oraz mango :).

Na koniec chciałabym Wam przekazać, że posty mogą się pojawiać tradycyjnie nieregularnie, ale tym razem mam powód. Mamy gorszy czas po prostu, wiele spraw zbiegło się nam na głowę w jednym czasie, jednak cały czas o Was pamiętam i regularnie czytam co u Was ciekawego słychać :). Mimo, iż nowy rok zaczął się okropnie,  ja cały czas mam nadzieję, że z dnia na dzień będzie już coraz lepiej ;-). Buziaki!!





SZABLON BY: Panna Vejjs.