czwartek, 2 października 2014

03.54



Tak, mam za długą grzywkę i ją zapuszczam nie wiedząc co dokładniej chcę z nią poczynić. Jest 4 rano, a mnie przeraża fakt, że muszę być po godzinie 7 na nogach, kiedy nawet się jeszcze nie położyłam. I muszę biec szukać czegoś na sobotę, podczas gdy nie wiem nawet czy chcę sukienkę czy jej nie chcę, bo nie lubię pokazywać swoich łydek. Ale zamiast wziąć się za dietę i ćwiczenia ma mi się na coś niezdrowego (mózgu ogarnij się, jest środek nocy!!!). Mam pustki na koncie, co chwilę wrzucam z powrotem do szafy to, co z niej wypadnie, czyli wielkimi krokami zbliża się wyprzedaż czegokolwiek byleby się tego pozbyć - chcecie, nie chcecie? Eee, nie ma tak łatwo, na sobotę dopiero będę próbowała się ogarnąć ze zdjęciami. I dałam sobie bana kosmetycznego. Chociaż kusi mnie a to pomadka, a to Iconic 3... Trzeba ścierpieć jednak i się nie dać pokusom!!

Fajki mi się kończą. Do kawy z mlekiem (ups, mleka z kawą) mentolki smakują mi idealnie. Tyłek mnie już boli od zastrzyków, do teraz jestem zszokowana faktem, że po 20stu latach wyszło na jaw, że jestem uczulona na żądlące mnie co jakiś czas osy no ale powoli wyglądam już jak człowiek ;-). No i próbuję się zorientować w jakim kolorze włosów byłoby mi najlepiej - stara a głupia ja założyłam się, że się przefarbuję na blond w ciągu miesiąca. A 2 stów nie wypada mi puścić płazem, nie?

środa, 1 października 2014

Bomba owocowa! :)


Znasz to uczucie codziennego wstawania pół godziny wcześniej tylko po to, żeby móc umyć włosy i je wystylizować? Jeśli tak, to jak najbardziej poświęć chwilę dalszej części tego posta!
Dziś na szybkiego chciałabym Wam przedstawić produkt, który odesłał w niepamięć nieświeże włosy, które wyglądały nieatrakcyjnie już zaledwie kilka godzin od ich umycia.


Szampon wzmacniający Vitamin force fresh od Garniera wpadł w moje łapki przypadkiem - kupując któreś masło do ciała stojąc przy kasie pani z drogerii zaproponowała mi zestaw odżywka + szampon za 13 złotych. Ten szampon, który ja sobie wybrałam jest przeznaczony dla włosów normalnych i przetłuszczających się. U mnie brzydka rzeczywistość wyglądała tak, że myjąc włosy rano, wieczorem przy jakimś ważniejszym wyjściu musiałam już użyć suchego szamponu - następnego dnia już nie było mowy, żeby obyło się bez ponownego umycia. Zapach mięty i cytryny robi owocowy szał jaki wydobywa się z buteleczki po jej otwarciu. Prócz odświeżenia włosy po zastosowaniu szamponu również są miękkie i lekkie, w połączeniu z odżywką z tej serii jest to zestaw idealny. Dla mnie jest to jeden z najlepszych szamponów pod względem działania jak i również cenowo (13 złotych/400 ml - cena promocyjna). Moje must have na półce kosmetycznej ;-).


Konsystencja dość standardowa dla szamponów Garniera: przezroczysta gęsta ciecz, wystarczy mała odrobina szamponu, aby dobrze umyć włosy przy czym jest bardzo wydajny - sama swój mam już od miesiąca co przy moich dłuższych włosach jest rzadkością ;-).
Podrzucam Wam jeszcze skład szamponu:


Miałyście, używałyście? Jakie macie swoje opinie na jego temat??

Co tam w ogóle u Was dziewczyny? U mnie dwa tygodnie strasznego zabiegania, nie mam czasu nawet na to, aby podjechać na 5 minut na miasto i podwieźć moje buty do szewca, cały czas praca, praca i praca. Nadchodzący weekend mam na szczęście wolny i sobotni wieczór przeznaczę na jakąś małą imprezę. Tym czasem dzisiaj biegnę do pracy... A jutro na małe zakupy, muszę poszukać jakieś zwykłej/niezwykłej sukienki i napaliłam się na jeden z cieni do powiek Color Tatoo. No i znalazłam fajny odcień szminki do ust od Rimmel i na próbę chcę ją kupić jak będę się w szminkach czuła. Co do tego tematu to znacie miejsce gdzie dostanę ładne, matowe szminki??

poniedziałek, 22 września 2014

Cukrowy peeling do ciała "Soczysta malina" od Bielendy.


Zwracacie uwagę na zapachy kosmetyków? Bo ja bardzo. Nie potrafiłabym smarować się czymś, co w ogóle nie "pociąga" mojego noska za sobą, muszę po prostu coś obwąchiwać w wszelakich kremikach, masłach, itp. Dziś mam dla Was kilka słów na temat malinowego cuda, które kompletnie nie tuczy, a przypomniało mi czasy przedszkola, kiedy to cały czas się żuło gumę Mambę. 


Po pierwsze: opakowanie! Delikatne dziewczęce połączenie różu i bieli na 200g plastikowym słoiczku, przyozdobione kusząco wyglądającymi malinami - Maalinova to lubi, lubi też maliny... zjadłabym sobie maliny cholera. W środku opakowanie jest zabezpieczone dowodem nietykalności, czytaj sreberkiem, a po jego odklejeniu ujawnia nam się intensywny, przyjemny zapach malin - taki jak już wcześniej wspominałam z gum Mamba. Nie jest duszący, przytłaczający, nie dostaję migreny od intensywności zapachu, jednak da się dobrze go wyczuć. Na skórze pozostaje krótki czas jednak po pielęgnacji ciała tym produktem cała łazienka wypełnia się Bielendowskim zapachem, a po niej całe mieszkanie.


Odnosząc się do słów producenta właściwości przeciwstarzeniowych nie miałam okazji jeszcze zauważyć, nawiążę do tego tematu za kilka lat :P. W stosowaniu peelingów patrzę głównie tylko na nawilżenie, tym bardziej teraz po lecie, kiedy moja skóra jest strasznie wysuszona przez słońce i z tym dawał sobie radę. Nawilżenie utrzymywało się na skórze do samego końca dnia, a wtedy już kontynuowałam pielęgnację masłem do ciała z tej samej serii. Skóra samych ud czy też pośladków po zastosowaniu kosmetyku była znacznie ujędrniona, aż chciało mi się dotykać jej i dotykać, wciąż dotykać :). Co do zapachu, spełniona obietnica w 110% :). 


Konsystencja jest gęsta, zbita, jednak nie ma problemów z wydobyciem peelingu z opakowania. W peelingu zanurzonych jest multum kryształków cukru, które pod strumieniem wody rozpuszczają się. Ze względu na to pod strumieniem wody nie ma co się peelingować, bo zwyczajnie peeling nam ucieknie z ciała po chwili, więc używam kosmetyku na lekko zwilżoną skórę. Jego działanie jest wtedy nieco większe, nie tak słabe jakie są porównując je do peelingów solnych. Wydajność jest dobra, aczkolwiek na zdjęciu powyżej mam peeling po dwóch użyciach na całe ciało - a taki zabieg lubię sobie zafundować min. raz w tygodniu. Jednak kwota 12 złotych jest na tyle niska, że nie szkoda by mi było wydać na kolejny peeling - a już wypatruję na mieście tego o zapachu brzoskwini :).


Na końcu podrzucam Wam skład i zahaczę o tą parafinę, której mimo iż jest na drugim miejscu... nie czuć. Skóra jest nawilżona odpowiednio jednak po wyjściu spod prysznica nie mam na sobie jakiegoś tłustego filmu, który jest niezwykle denerwujący przy narzucaniu ciuchów na siebie. Pod tym względem nie mam zastrzeżeń :).

Podsumowując peeling jest dla mnie bardzo dobry i mimo, że jest to moje pierwsze opakowanie to na pewno nie ostatnie. Fajnie nawilża, cena nie jest zbyt wygórowana, a ja przecież milionerką nie jestem (JESZCZE!!), żeby móc pozwolić sobie wydawać minimum kilkadziesiąt złotych na każdy kosmetyk. Z czystym sumieniem mogę godnie Wam go polecić i dalej sama go używać :)

Cena: ok. 12 złotych
Pojemność: 200 gram
Dostępność: większość drogerii, sklep Bielendy


Produkt testowałam dzięki uprzejmości Julity i firmy Bielenda, jednakże zastrzegam, że nie ma to wpływu na moją opinię.

piątek, 19 września 2014

Podkład matujący o konsystencji kremu - moje dziewczyny, kilka zdań o Stay Matte od Rimmel :)


Od podkładu nie wymagam nie wiadomo jakich rzeczy - chcę żeby tylko:
* pozostawiał efekt matu,
* nie wysuszał skóry twarzy,
* delikatnie maskował moje piegi,
* no i zdecydowanie mocniej ukrywał trądzik, którego do 60tki chyba się nie pozbędę...


W trakcie zakupów kosmetycznych szukałam na już jakiegokolwiek podkładu, widząc zdjęcia Stay Matte w internecie myślałam, że to jakiś rodzaj kremu BB czy coś i z jego funkcjonowaniem na mojej twarzy będzie niewiele lepiej od tego z Garniera (koszmar!!). Przeżywam za każdym razem miłe zaskoczenie, kiedy pozostaje na mojej twarzy prawie że nienaruszony do końca zmiany czy też po kilkugodzinnej imprezie - normalnie mój mały ciałem wielki duchem hicior! 
A to wszystko za niewielką cenę - za 30ml opakowanie cena wynosi ok. 21 złotych w cenie regularnej. Opakowanie jest takie delikatne, dziewczęce, bardzo podoba mi się kolorystyczne połączenie bieli z fioletem. Tutaj mamy o wiele lepszą funkcjonalność w porównaniu do podkładów w słoiczkach w których niestety dość produktu zawsze jeszcze zostanie - tubka idealna do przecięcia i zużywania do końca, bez poczucia marnotrastwa, w torbie podróżnej bardzo fajnie się odnajduje.


Konsystencja podchodzi pod rodzaj musu, rozprowadza się fajnie, wystarczy tylko kilka małych kropek żeby pokryć nim całą twarz, więc przy tym jest też wydajny. Nałożony na twarz nie ciemnieje, przez okres 4-5 godzin spokojnie dałby radę bez nakładania jakiegokolwiek pudru, przy pojawianiu się lekkiego błyszczenia na skórze używam bibułek matujących i jestem ponownie zadowolona. Jedyne co mam mu do zarzucenia to fakt, iż przyglądając się swojemu nosowi mogę zauważyć jak podkład wchodzi w pory i przy czym nieładnie to później wygląda. 


Jednak biorąc pod uwagę to, że za kwotę 21 złotych dostajemy dobre krycie, obiecany przez producenta efekt matu (nie ukrywajmy, za taką cenę poprawki dopiero po 4 godzinach były w snach, przy innych tego typu kosmetykach najczęściej już nie miałam nic wtedy na twarzy co by można było poprawić:P). Przy czym też nosząc go przez cały dzień nie czuję praktycznie go na sobie co jest ogromnym plusem. Poprzednia wersja Stay Matte strasznie podrażniała mi oczy, wyglądał nijako na twarzy, robiły się straszne smugi - tutaj jestem blisko ideału dla mało wymagających :)Jeśli szukacie czegoś lekkiego, za małą kwotę to jak najbardziej mogę polecić. Dostępny jest w 5 odcieniach:
Ivory (100), True Ivory (103), Classic Beige (201), Soft Beige (200), Natural Beige (300).

Na końcu podrzucam Wam jeszcze dziewczyny skład:


Używałyście? A może miałyście do czynienia z obiema wersjami - z której jesteście bardziej zadowolone??




SZABLON BY: Panna Vejjs.